faye blog

Twój nowy blog

jestem chyba w złym stanie psychicznym, bo przypominają mi się coraz to nowe, straszne przeżycia tego i zeszłego roku. na przykład to jak zamarzła woda na ferie i nie było jej przez tydzień. a ostatnio śniło mi się, że mam cztery lata i boję się wanny. nie wiem co się ze mną dzieje. to pewnie przez to przeziębienie. mimo owego stanu mam jednak czasem mądre spostrzeżenia. ostatnio stwierdziłam, że płyta, na której ella fitzgerald i louis armstrong śpiewają i grają piosenki gershwina jest lepsza od wiosny. a racuszki z bananami są najlepsze na świecie. naprawdę.

śniły mi się fioletowe róże. i chłopcy z mojej klasy w obcisłych spodniach, ale to pewnie dlatego, że spałam do czternastej. im dłużej śpię, tym moje sny są mniej realistyczne. a ten był całkowicie nieprawdopodobny. spanie to jest dobra strona choroby. oraz także czytanie polskiej literatury i słuchanie muzyki soft cell i muzyki patricka wolfa i muzyki kurta weilla. ta też jest dobra. chciałam jeszcze napisać, że ojciec mój stwierdził, że będzie nagrywał na nowej dvd nagrywarce komedie polskie peerelowskie co czwartek. i ja się cieszę z tego powodu. co nie zmienia faktu, że zima jest niefajna. a internet i blog i emaile i myspace i ściąganie i zawieszanie i wszystko inne bez sensu. w sumie. nie lubię rzeczywistości. nie za bardzo. a ten blog jest niepoważny i zakłamany. może nawet z założenia.

ach. bo tu chodzi o to, że naprawdę zapomniałam. teraz sobie dopiero to przypomniałam. że mam bloga i w ogóle. co nie znaczy, że mi się chce. bo to też. bo ostatnio stwierdziłam, że internet nie jest fajny, że dział literatury polskiej w miejskiej bibliotece jest lepiej wyposażony od działu literatury iberoamerykańskiej i że dvd z nagrywarką to dobra rzecz, bo wreszcie będę miała obywatela kane’a na własność. i nie chcę mi się pisać blogów. i nie chcę mi się czytać blogów. proszę mi wybaczyć. nie lubię zimy. i nie rozumiem czemu wczoraj było słońce, a dzisiaj się skończyło.

Nie piszę, ale czasem czytam. Capote jest nadal dla mnie dobry, Billie Holiday również, ale przecież i na to nie mam zbyt wiele czasu. Dostałam 20 par klipsów jako prezent gwiazdkowy (wiem, że to było dawno) i bardzo bardzo je kocham, a najpiękniejsze z nich są takie różowe i duże i nie nadają się do szkoły, ale za to pasują do bluzki w duże grochy różowe i zielone, którą także dostałam jako prezent gwiazdkowy. Te klipsy i bluzka są jeszcze jednym powodem do obsesyjnego tęsknienia za latem. Poza tym postanowiłam zarabiać na allegro i jest fajnie, bo stać mnie na siedem książek o powstaniu warszawskim i akcjach dywresyjnych. Fajnie jest także dlatego, że nagrałam sobie ‚Pożegnania’ a to przepiękny film. Niefajnie jest wiadomo dlaczego i wobec tego nie będę o tym pisać, żeby było jednak miło i sympatycznie.

i ciągle boję się tego. ciągle. ciągle. ciągle.

Czyżbyśmy, starzy znawcy i czciciele niegdysiejszej Europy, prawdziwej, dawnej muzyki, prawdziwej poezji minionych lat – byli jedynie nikłą, głupią mniejszością skomplikowanych narwańców, którzy jutro będą zapomnieni i wyśmiani? Czyżby to, co nazywamy „kulturą”, duchem, duszą, pięknem i świętością, było tylko upiorem dawno już nieżywym i tylko przez nas, nielicznych głupców uważanym za coś, co żyje i jest prawdziwe? A może to wszystko nigdy nie było prawdziwe i żywe? Może to, co my, głupcy, tak bardzo pielęgnujemy, nigdy nie było niczym innym, jak tylko fantomem?

Czytam ten wiersz i jest ze mną chyba niezbyt dobrze, bo zapomniałam hasła do skrzynki pocztowej i przypomniałam sobie dopiero po pięciu minutach. Poza tym jestem chora, ale tak jak jestem chora, mogę być chora nawet miesiąc, i nikt i tak mi w to nie uwierzy. Jest zimno i pada śnieg. Śnieg jest piękny, wzruszający i kocham go jak moją szklaną kulę z pięknymi kolorami w środku, ale nie chciałabym wychodzić na dwór, więc czytam z tego powodu ‚Inne głosy, inne ściany’ i również słucham mojej cudnej Billie Holiday. Zima nie pasuje do lat 60. więc właściwie dobrze, że biedna Billie umarła w 1959 i dobrze, że przeszłość jest bardziej rzeczywista od teraźniejszości. Mogłabym tak siedzieć z Billie i z Joelem wieczność i nigdy nie kończyć, bo na dodatek mam jeszcze racuszki z bananami i bitą śmietaną. Ale mimo wszystko jak Joel mówi, że wszystko będzie dobrze, wierzę mu. Naprawdę mu wierzę.

Bo O’Hara też jest z 60, a moja obsesja prawdopodobnie nie minie nigdy. Zważywszy, że wreszcie nagrałam sobie ‚Absolwenta’ i zważywszy, że wreszcie nagrałam sobie ‚Serce to samotny myśliwy’, a ‚Powiększenie’ mam już dawno nagrane. I oglądam w kółko. I w kółko i nie przestaję. I słucham Os Mutantes i Nicka Drake’a i The Kinks i tak dalej. I to wszystko co jest teraz jest niefajne. I tęsknię za czymś czego nawet nie przeżyłam. Bo wszystko, naprawdę wszystko się już skończyło. A mój komputer przeraża mnie coraz bardziej. I chciałabym zjeść pomarańczę albo gruszkę. Ale tak naprawdę nie chcę teraz niczego. Może poza samochodem.

Już naprawdę nie wiem jak jest i o co chodzi, ale słucham muzyki z lat 60, oglądam filmy z lat 60, czytam wiersze z lat 60. i to mnie uspokaja. Chyba najbardziej. Mam nawet tapetę z Powiększeniem.

Jest bardzo sympatycznie, ponieważ słucham Manfred Mann i The Hollies. Ich piosenki są urocze. Najbardziej nie mogę doczekać się jutra, bo na obiad będzie zapiekany camembert z gruszkami i żurawiną, ale i tak jest fajnie. Przedwczoraj kupiłam w sklepie z odzieżą skandynawską bluzkę w pasy za jedyne jeden złoty i pięćdziesiąt groszy i dlatego też jest fajnie. Mniej fajnie jest za to dlatego, że kupiłam też za sześć złotych sweter w romby, który jest przecudny, jednakże za duży i nie wiem co z nim zrobić, bo takie rzeczy wie tylko moja mama. Ale jednak cudowne jest siedzenie sobie w fotelu, słuchanie tych ślicznych piosenek i czytanie wierszy O’Hary w Literaturze na Świecie z 1986 roku. A także to, że świeci słońce też jest cudowne. Kocham Avenue A. Jak to czytam myślę, że O’Hara jest bogiem.

Mam różowy grzebień i okulary przeciwsłoneczne z różowymi oprawkami i bardzo bym chciała różową wstążkę do włosów. Mogłabym ją zawiązać i poczuć się wyjątkowo. Prawie tak wyjątkowo jak czuję sie gdy siedzę na ławce i patrzę na wyrzucone kapsle od piwa, których jest dużo, i wtedy świeci słońce oraz prawie tak jak sie czuję gdy wrzucam szklaną butelkę do pustego kosza na śmieci i słyszę najpiękniejszy dźwięk na świecie oraz prawdobodopnie tak jakbym czuła się patrząc na obrazy Lichtensteina w oryginale, bo mogłabym się przekonać czy ten raster jest naprawdę tak idealny i te kolory takie idealne i mogłabym pokochać Lichtensteina bardziej niż kocham teraz, czyli bardzo bardzo mocno. A gdy wczoraj patrzyłam przez okno i zobaczyłam na chodniku zgniecioną puszkę po coli zrobiło mi się smutno, ale jak popatrzyłam na kasztanowiec zaczęłam się śmiać, bo chyba zdałam sobie sprawę z tego, że już miesiąc temu przestałam oddychać oraz z tego, że ciągle zapominam o tym, że mam tylko dwa złote i sześćdziesiąt pięć groszy, i dlatego, że o tym zapominam marzę o szaliku w niebieskie róże. No a potem postanowiłam wziąć głęboki oddech.


  • RSS